Meldunek z planety Eden

graphics; CC0

Tomasz Kucina

Meldunek z planety Eden-

 

wg . Futurystycznego epickiego opowiadania
Stanisława Lema

Part I

Cywilizacja z planety Eden
Niezrozumiały szczep
Szczęście że można oddychać tlenem
W futurystycznym śnie

Gazowy ogon zwiódł kosmonautów
Z planety Ziemia – szli
To pomylony kod automatów
Kompromitacja gry

Skusił ich wstępnie blask wyjątkowy
Co od Edenu ćmił
Oko z opalu piroksenowe
Zaczęli wpadać w wir

Statek kosmiczny – ziemian rakieta
I z atmosfery lej
A oni ciągle planują czekać
W obłoku planety – tej

To była chwila ich nieuwagi
Przez ściany przeszedł dreszcz
Gdy fosforyczna tarcza ekranów
Zgasła – jak świetlny miecz

Wbili się z hukiem w gazowy ogon
Jak paproch – lub gęsty śmieć
Deceleracja – nie żaden slogan
Skoczyła – w trzydzieścig

Dlatego doszło aż do pulsacji
Sprężarek – łożysk – pisk
Kosmos to zachwyt i opis pasji
Niektórzy twierdzą – mit

Potem karambol z czołem planety
Przeżyli – to był cud
Spalić wstyd w pyle byłoby lepiej
Bo na co cały ten kurz

Ale rakieta to przetrzymała
Wbiła się w skalny piarg
Radioaktywny wskaźników skalar
Wykrył skażoną stal

Kopali tunel by się wydostać
By odbezpieczyć właz
Chwilowo tylko zabrakło prądu
Jednej – albo dwóch faz

Ruszą z wyprawą tu czeka Eden
Ludzki milowy krok
Żeby im tylko nie brakło tlenu
Błagał – słoneczny splot

Inna świadomość wręcz niepojęta
Zajrzała w oczy im
I zrozumieli – przestrzeń jest święta
Futurystyczny Rzym

Są krople potu na słonym czole
Klan geometrii z brył
Kwiaty kwitnące tajemnym wzorem
Półlejkowaty styl

Nieokreślony wybryk mutacji
Żywych kielichów ruch
Wprawił załogę w stan konsternacji
Tego – nie trawił mózg

A dalej jeszcze kolejne niwy
Tam zobaczyli świat
Który się nie chciał sobą nadziwić
Ciekawe – ile miał lat

Wrzecionowate – z sterczącą szczecią
Kadłuby twardych ciał
Zgrubiałe, twarde nibykolanka
Jak członkonoga staw

Pajęczych roślin sznur emanował
Jak ośmionogi chwast
Bladoperłowe bulwy jak głowa
Kokonów pajęczy las

Korzeń z oddechów – żywe rośliny
I oczu pokątny wzrok
Potoki mazi – glut gęstej śliny
Z jęzorów zawiłych – kłos

Baniasty torbiel nadymał skórę
W dół zwisał czarny włos
Pewnie te chwasty żyły w ogóle
I może miały głos

Badali coraz dalsze tereny
Przetarli nowy szlak
Tacy spragnieni ziemskiej zieleni
Pan Bóg poróżnił świat

W końcu odkryli dziwną fabrykę
Produkcja z niczego w nic
Części ruchome – czyjaś przyłbica
Z fraktali jądro – i z liczb

Tu jakieś filtry ciał animacja
Cielesnych funkcji kicz
Ciąg rekonstrukcji i lewitacja
Istot z Edenu – klincz

Produkcja może wielkoseryjna
Z taśmy na taśmę – część
Soczewkowata bura ślimacznic
Te części zaczęła – jeść

To komponenty do ciał Dubeltów
mieszkańców planety tej
Półelektrycznych, nagich tubylców
Produkcji – jasny był cel

Kiedy załoga znalazła ciało
humanoida – gdzieś
Przeprowadzono sekcję – i śmiało
Zbadano trzewi treść

Nie było mózgu – w głowie istoty
Tylko maleńki rdzeń
Głowa wrośnięta w garb – apostrofy
I cztery ręce – na pęk

Jakieś gruczoły chłonne – trzy płuca
Pomiędzy nimi drut
Jak tej hybrydzie można zaufać
Kto to polubić by mógł

Wszystko zakisłe w ciele z galaret
Na torsie wielki garb
Duozależny dziwny gabaryt
Dwa ciała a jeden kark

Widzieli także dziwne pojazdy
Bił od nich niebieski blask
Coś wirowało dokoła osi
Rotorów ciągły lans

Świetliste kręgi w ciągłej rotacji
Redła wyrytych bruzd
Lewitująca cywilizacja
Mechatroniczny kunszt

Bruzdy i rowki – to autostrady
Z abażurowych konsol
Bez nich nie dało pewnie by rady
Wirować – dysku combo

Part II

Poruszali tu zgrabnym łazikiem
Klimat nieco gorący
Wszędzie tylko szkło i nikiel
Góry – piaski z sobą łączy

Przezroczyste długie korytarze
Uchodziły w szybów krąg
Gąszcz pęcherzy jak witraże
A w powietrzu czulił swąd

Nawisy ze szklanych pęcherzy
Rojowisko komórek
Kopulasty przestwór – niebyt
Kości – szklane ule

I prosto do miasta Dubeltów
Schodami śmiało w dół
Tu kamienne miasto z pięter
Po ich czołach ciekła sól

W pomroce spadli na same dno
Zimnej oazy banitów
To był wielce nierozważny krok
Żądza niedosytu

Tu w zamęcie wyciągnięte setki rąk
Tłuste – obłe tułowia
Poplątanych macek song
Sadła dychotomia

I ludzki wstręt wobec inności
Należy wracać na Ziemię
Człowiek jest wolą namiętności
Nierozumne – ludzkie plemię

Już remontują starą rakietę
Wola powrotu nagląca
Niebieską ujrzeć planetę
Która mizdrzy twarz do słońca

I jeszcze spotkanie trzeciego stopnia
Dubelt ich odwiedzi
Telepatia – treść istotna
Setki pytań – odpowiedzi

Nowe pojęcia – cicheszemrane
Może to jakiś blef
Chemiosynteza – cyfrowa pamięć
I fotonowy deszcz

U tej istoty zmysł elektryczny
Z metalu – z folii mózg
Przekaz niejawny telepatyczny
Atrofia – zbędnych ust

Centrosamociąg  – i antyśmierć
[bio][socjo][zwarcie] grup
Cyna i mosiądz – ciało i dreszcz
A metal miękki jak frukt

Samokontrola dokąd to zmierza
Nieznana żadna agresja
Każdy tu karę sobie wymierza
Jest niepotrzebna presja

Natręctwo pojęć – zmysłu zranienie
Czy to prawdziwy Eden
Ludzka załoga – wraca na Ziemię
Ma zatem taką potrzebę

Rakieta spala – zgiełk automatów
Dubelt nie leci z nimi
On nie rozumie naszego świata
Jesteśmy całkiem – inni

Już naprawiono trzy podzespoły
Włączony chrzęści stos
Grawimetr stoi prawie na osi
Słychać z kabiny głos

Krytyczna w normie i osiągnięta
Patrz – stoi w ogniu grunt
Z synergii w zwykłą – jaka to męka
Tlen w usta – oczy z łun

W dwanaście minut – zanik atmosfer
Kosmos czas w przepaść podmienia
Wreszcie odpięte pasy załogi
Kierunek: Planeta – Ziemia

przypis

utwór odnosi się do opowiadania Stanisława Lema :
pt. “EDEN”. W opowiadaniu sześcioosobowa załoga ląduje na planecie Eden
Astronauci z Ziemi poznają prawa obowiązujące na tej planecie
i nową nieznaną formę życia tzw. Dubelty – dwuosobowe istoty egzystujące w
symbiozie biologicznej