Odwet ojly

Tomasz Kucina

Odwet ojly

klątwa ojly

„podminowana” społeczność majaczy z sowy! złowróżbna elegia
żałobny plankt pani puszczyk w zasięgu wrażeniowej reakcji.
jej szlary skupione wokół fal dźwiękowych „ogniskują” lęk!

jak trudno poczuć sową…

w niesymetrycznej anatomii otworów słuchowych
kontrolować alerty rakietowe. oddychać za siebie i pisklę
aksamitnym puszkiem z pluszaka – czuwać bezszelestnie

stereoskopia szacuje odległości…

między wrogiem a sumieniem. między bólem a wolą przetrwania
teleskopowe gałki z gigantyczną ogniskową skanują czyny.
wiarę przeżera złość i karma odwetu gdy puszczyk poczuje krew!

pan sowa poluje nocą…

na ogniskowej zoomuje teleobiektywem. zbliżenie jest dokładne
a obiekt zapamiętany. noktowizyjna nadwzroczność tunelowa
pióra czuciowe. nagi skok i szpony! wolność – kryterium drapieżcy!

przypis:

język polski jest galaktyką kontrowersji i labilnych znaczeń, w zasadzie ciągle ewoluuje. Nie wiem jednak czy tytułowa „ojla” – czyli słownikowa sowa (tudzież – alternatywnie: zdesperowana kobieta), w dopełniaczu odmienia się na: (kogo czego?) >”ojl(i)”, czy „ojl(y)”?

Nie znalazłem odpowiedzi w sieci.

Przykładowo: wilg(a) > wilg(i), sójk(a) > sójk(i), … ale już: wron(a) > wron(y), gapa > gap(y), kura >kur(y), wreszcie: SOW(A) > SOW(Y)?

Postanowiłem więc przyjąć na wyczucie kryterium wymiany mianownikowo-dopełniaczowej: (a) > (y),

więc w tytule i treści jest: „ojl(y), bo przecież „ojla” to sowa, użyłem więc „pokrewieństwa” i skrótu interpretacyjnego do: nazwy własnej. W pewnym sensie wyraźny zwrot do onomastyki – nawet, w zakres wchodzi: zoonimia. Nie znam się fachowo na podstawach słowotwórczych w języku polskim, i nie jestem polonistą, trudno też określić mi tu zasadę w etymologii czyli > w pochodzeniu tego rzeczownika. Dlatego, za ewentualny błąd w odmianie dopełniaczowej, przepraszam.

Cierpliwy Czytelniku znowu „namieszałem” w naszych relacjach, proszę wybacz! 🙂

 

Doczytałem gdzieś, że nadświadomość to część umysłu poza rozumem uświadomionym, czyli że: funkcjonalna w perspektywie poza naszą naturą intelektu, odpowiadająca m.in. za projekcję wyższych idei, zahaczająca znaczeniowo o kreatywność, uwierzytelnioną w dostępie – do potencjału nieskończoności.

Ponoć, nadświadomość posiada łączność ze źródłem- czyli nieskończonym potencjałem twórczym wszechświata, i nie pochodzi z naszych dedukcyjnych procesów myślowych i analiz, pojawia się nagle i zaskakuje genialnością. Czy ja wiem? Nie mam ku temu przekonania…

Szczerze?, zawsze byłem sceptykiem, co do większości definicji z pogranicza introwertycznej antycypacji i zwłaszcza psychologii. Przykładowo: „mesjanizm romantyczny” ciągle kojarzy się mi z projektem zamysłu artystycznego – próbującym poruszyć sumieniami i windującym nadzieje niepodległościowe w narodach indoktrynowanych, inwigilowanych a finalnie – zaanektowanych. Nadświadomość jest tu rozumiana jako artystyczny środek docelowy w dziele niepodległości. Tak właśnie subiektywnie przybliżałem sobie poezję i prozę czasów naszych protoplastów i wieszczów narodowych. Notabene, przeinterpretowaną w kolejnej epoce na „pracę u podstaw”, zatem jako świadomy utylitarny plan pod zasięg społeczny – zamiar, cel, w rezerwuarach wielu epokowych artystów.

Jednak sama nadświadomość, jeżeli w ogóle istnieje?, nie musi mieć przecież zbioru wspólnego z: historią, antycypacją, przeszłością, wiarą, czy walką społeczeństw o niepodległość, z przyszłością narodów, a nawet – ideami?

Może więc być prozaiczna, i realna.

Choćby wierszokleci tacy jak ja, próbujący nieśmiało utrzymać minimalistyczne uznanie kanonu w twórczości, nie żyją wielkimi perspektywami i pryncypiami – na co dzień. Poza tym teksty nacechowane dosłownie nutką konserwatyzmu współcześnie odczytywane są jako kicz, i posądzane o staromodną przywarę grafomanii. Zdajemy sobie sprawę z tego faktu, jednak bliskość ku formom klasycznym u wielu „liryków” jest wciąż asertywna – bo po prostu – bliższa imperatywom czysto estetycznym.

Wobec powyższych faktów > tym bardziej jakakolwiek zdefiniowana nadświadomość powiązana z ideami w obecnych czasach bywa anihilowana zaraz w zarodku, wyparta z planistyk twórczych artystów próbujących „uprawy” „natywnego słowa”, i w konsekwencji: rzadko wchodzi w ich modus operandi.

Więc piszesz często, o kolokwialnej du…ie maryny, i żyjesz w pieprzu uformowanych społecznie wulgaryzmów…

Lecz czasem…
Budzisz się rano z nieokiełznaną i mało zrozumiałą potrzebą twórczą wyższego rzędu, … załączasz kompa czy smartka… i piszesz wiersz? Jakiś zmysł, prosty plan, czynnik nagłej potrzeby… To wszystko.

No co jest do chol…ry?

Znowu to w tobie, znowu wyszło – arete > klasyka, nieposłuszna fantazja nieuzasadnionego elitaryzmu…?

Może nadświadomość? Nie wierzę.

Jednak jeżeli istnieje jakakolwiek formuła nadświadomości, (w co głęboko wątpię, i bliższy tutaj jestem – regule przypadku)… to mogłaby być zilustrowana właśnie jako ten wiersz, do którego link – poniżej.

Szczerze mówiąc, czytając go dziś czuję gęsią skórkę na ciele. Opublikowany w sierpniu 2014 roku, a napisany jeszcze dużo wcześniej, korygowany, na blogu. Utwór miał sześć „revisions”, a ostatnia korekta tego tekstu miała miejsce: – > 30 grudnia 2021 r, godzina 00;49 – [informacja z panelu edycyjnego bloga]. W bonusie – grafika.

Link do wiersza „Rankor”: