Chors w Tucholi(s)

graphics CC0

Tomasz Kucina

Chors w Tucholi(s)–

[lunarna pieśń neosłowiańska nie z metropolis]

Chors – księżycowy władca nocy
choć go ubywa – wciąż nad nami
las dawno cieniem drzew zatoczył
od bóstw lunarnych – co z wilkami

tańczyć by mogły każdej nocy
we mgle jak Nimfy – usta sine
wyją komórki – świecą w oczy
szumią jesiony wiatr w olszynę

Chorsa wołamy zimne – bose…
tańczmy! na nieba tle – cekiny

księżyc wycharsły wciąż nędznieje
pieją Rusałki że już rano
pod horyzontem kruczy – Czejen
składa pióropusz oraz namiot

Chorsa kurują słowiańskie Zmory
od witaminki „c” kwaśnieje
a Świtezianki – już bez kory
gibkie panienki winko grzeje

Chorsa wołamy zimne cory…
tańczmy! – bo niebo całkiem dnieje

biwak w dorzeczu Brdy i Wdy
deszcz tnie z Równiny Charzykowskiej
plemię słowiańskie z zimna drży
a Świtezianki – w kieckach w groszki

to nocka Chorsa lunatyka
choć Luna ponoć – to kobieta
księżyc nad ranem wnet umyka
Chors ma (zapewne) – płeć faceta

Chorsa wołamy czemu znika…?
przyjdź! w nocy – my będziemy czekać

przypis: Chors – słowiańskie bóstwo „ubywającego” księżyca

Wyrwidąb i Waligóra

graphics CC0

Tomasz Kucina

Wyrwidąb i Waligóra –

[legenda Słowian vintage – 2016 r.]

Gdzieś, w szmatławej tancbudzie niech będzie w prasłowiańskim „Budziszynku” alboż w innym Carcassone praśredniowiecza? Nieważne… (wybierz sobie co chcesz), w klubie „Smocza awaria” – w „szczodre gody” spotkałem dwóch braci, niech będzie: „na wieprzowych kiełbaskach”, czyli przy barze. Świat efektowny, z obrzędu i rytuału u nas Słowian zaplanowany…, siedzą jak przy „LEDowej” ławie niby didżeje monstrualne potężne dwa chłopy na schwał, jak tury, bez łańcuchów, pieszczoch, i maczug – jakoby bracia Klitschko, albo Golec Orkiestra w Milówce. Nie, żeby czerep zaraz nabzdryngolić … drink nadliczbowy – jeden, za to kolejka dla wszystkich, toż siadam przy nich skoro się przyfarciło, ci boys snują swoją fantastyczną opowieść (więc ucha nadstawiam – pokorne cielę z dwóch kufli – ssie). Donoszą te Goliaty, że smoka wykurzyli z miasta, a król tego „Koszałkowa” przyobiecał im dwie córy i królestwo po połowie – za tego smoka spód. Pierwszego wołali Wyrwidąb, drugi był Waligóra bliźniaki; matka powiła w lesie zbierając jagody a sama oddała ducha w połogu. Górola wykarmiła wadera, Dębasa brunatna niedźwiedzica. Kiedy dorośli, zapuścili się ongiś poza ciemną puszczę, chcieli zobaczyć industrialne miastko: neonki, klubiki i fan_zonki – pełne dziewuch puszczalskich i bibek. Od wczesnego dzieciństwa śpiewały im (o tem wszyśćkim) kruki i kwiczoły z lasu – co miastka te odwiedzały przelotnie, nad pulsarami dyskotek szybując. Cóż tam, żadne halo… banalne ludzkie pragnienie, chłopców z prowincji. Więc poszli. Słuchawy w ucho, zabukować gitną muzę na smartfon i w drogę, przez las komu – w czas. Jeden tydzień, i jeszcze dwa dni zapitalają – puszcza gęsta, nogi bolą – rety, ale drama!? Patrzą?, biegnie do nich jakiś karzeł – liliput – chustka bandanka, nisko w kroku: gacie skejty albo boyfriendy, z głogu i jałowców wypłoszył dzierzby i kukułki. „Elo chopy” do nich – krzyczy. Górol stuka brata łokciem gada: „patrz Dębas, on na jakimś kocu śmiga – urok to czy jak? – sukinfelek”. Gnom, gdy podszedł tak im rzecze na powitanie: „Witojta parobczoki? Łodny mom kobierzec? W jednej chwili wos zaniosę gdzie tylko zażądocie”. Do miastka chcieli. Na dywanie – już lecą, (bajka arabska) – w pięć minut byli na miejscu, dał im jeszcze trzewiki od kostropatego czarownika z carrefour’a, teraz sprint mają jak u „Usajna Bolta” co krok to – mila, co sus – to dwie, każdy z braci po jednym „adidasku” dostał. Toć, opowiada karzeł dryblasom o monstrum co miastu zagraża i zaraz prowadzi ich do swego króla na życzenie. Łatwo przewidzieć: że prędko zgłosili gotowość do pojedynku ze smokiem. Wkrótce wskazano im pieczarę gdzie żyło to paskudztwo. Do akcji! Wyrwidąb szczopił przed smoczą jaskinią dąb ogromny jak zamek, tyle miał pary – że wyrwał go z korzeniem, stoi i czeka a… Waligóra z tyłu potrząsa grotą gada, by go wypłoszyć na zewnątrz. Smoczysko w końcu wychynęło z jamy, ogon u niego na metrów osiem, jak tren – czy rogi Lejdi Gagi – (nomen omen trochę mniej zgrabne). Dębas, łup go w czerep konarem!, leje się ciurkiem posoka oblecha, to znaczy: hot blood (należy rzec), gad chciał jeszcze ich kitą zahaczyć, ale mieli te botki od karzełka chochlika, w adikach odskoczyli więc na milę. Już drugi dąb załatwił sprawę, kompletnie zamroczył bestię, łeb na miazgę, a zadek ufajdany. Teraz Górol uniósł największy głaz w okolicy i zakrywszy nim pieczarę zamknął w niej smocze ścierwo – wieńcząc dzieło wiekopomne. Wracają bracia do pałacu, w mieście na chwałę dzwony biją, król wielce uradowany oddał im córki za żony, a jedna ładniejsza od drugiej, hajs, komóra, – ojć – żadna nie była „xmenką”. Jednemu bratu i drugiemu – po połowie królestwa, tu na cześć śmiałków – zaraz powstają dwa rewiry: Waligória & Wyrwidębia. Hossa w City, tłusty portfel i renesans, mega lans. Już sadzą brzozy, cisy, klony, zbierają pszczeli kit, pod zamkiem grusze i lilaki, rząd lip – by pokój był między nemi, każdy liznął high life’u lecz nie zapomniał o biednych, produkcja kaszy i rzepaku, bukłaki z cydrem, kopalnie soli. Młodzieżowy język urzędowy alternatywnie – mniej współczesny, bo każdy jest przecież cool, są banki, kościoły, karczmy i burdele, wyszynki i nocne kluby, frazesów gęby, pagóry, fury, skóry i dęby, aleeeee… DLA WSZYSTKICH!

Wtórny zapis graficzny utworu (alternatywny)

Tomasz Kucina

Wyrwidąb i Waligóra- 

[legenda Słowian vintage – 2016 r.]


Gdzieś, w szmatławej tancbudzie
niech będzie
w prasłowiańskim „Budziszynku”
alboż
w innym Carcassone praśredniowiecza?
Nieważne… (wybierz sobie co chcesz),
w klubie „Smocza awaria” – w „szczodre gody”
spotkałem dwóch braci,
niech będzie: „na wieprzowych kiełbaskach”,
czyli przy barze.
Świat efektowny, z obrzędu i rytuału u nas Słowian zaplanowany…,
siedzą
jak przy „LEDowej” ławie niby didżeje
monstrualne potężne dwa chłopy
na schwał, jak tury,
bez łańcuchów, pieszczoch, i maczug – jakoby
bracia Klitschko, albo Golec Orkiestra w Milówce.
Nie, żeby czerep zaraz nabzdryngolić …
drink nadliczbowy – jeden,
za to kolejka dla wszystkich,
toż siadam przy nich skoro się przyfarciło,
ci boys
snują swoją fantastyczną opowieść
(więc ucha nadstawiam – pokorne cielę z dwóch kufli – ssie).
Donoszą te Goliaty,
że smoka wykurzyli z miasta,
a król tego„Koszałkowa”
przyobiecał im
dwie córy i królestwo po połowie – za tego
smoka spód.
Pierwszego wołali Wyrwidąb,
drugi był Waligóra
bliźniaki;
matka powiła w lesie zbierając jagody
a sama oddała ducha w połogu.
Górola wykarmiła wadera,
Dębasa brunatna niedźwiedzica.
Kiedy dorośli,
zapuścili się ongiś poza ciemną puszczę,
chcieli zobaczyć
industrialne miastko:
neonki, klubiki i fan_zonki – pełne dziewuch puszczalskich
i bibek.
Od wczesnego dzieciństwa
śpiewały im (o tem wszyśćkim)
kruki i kwiczoły z lasu – co miastka te odwiedzały przelotnie,
nad pulsarami dyskotek szybując.
Cóż tam, żadne halo
banalne ludzkie pragnienie,
chłopców z prowincji.
Więc poszli.
Słuchawy w ucho,
zabukować gitną muzę na smartfon
i w drogę,
przez las komu – w czas.
Jeden tydzień,
i jeszcze dwa dni zapitalają – puszcza gęsta,
nogi bolą – rety, ale drama!?
Patrzą?,
biegnie do nich
jakiś karzeł – liliput – chustka bandanka,
nisko w kroku:
gacie skejty albo boyfriendy,
z głogu i jałowców wypłoszył dzierzby i kukułki.
„Elo chopy” do nich – krzyczy.
Górol stuka brata łokciem gada:
„patrz Dębas, on
na jakimś kocu śmiga – urok to czy jak? – sukinfelek”.
Gnom, gdy podszedł tak im rzecze na powitanie:
„Witojta parobczoki? Łodny mom kobierzec?
W jednej chwili wos zaniosę
gdzie tylko zażądocie”.
Do miastka chcieli.
Na dywanie – już lecą,
(bajka arabska) – w pięć minut byli na miejscu,
dał im jeszcze
trzewiki od kostropatego czarownika z carrefour’a,
teraz
sprint mają jak u „Usajna Bolta”
co krok to – mila,
co sus – to dwie,
każdy z braci po jednym „adidasku” dostał.
Toć, opowiada karzeł dryblasom
o monstrum co miastu zagraża
i zaraz prowadzi ich
do swego króla na życzenie.
Łatwo domniemać:
że prędko zgłosili gotowość do pojedynku
ze smokiem.
Wkrótce
wskazano im pieczarę
gdzie żyło to paskudztwo.
Do akcji!
Wyrwidąb szczopił
przed smoczą jaskinią dąb ogromny jak zamek,
tyle miał pary – że wyrwał go
z korzeniem,
stoi i czeka
a… Waligóra
z tyłu potrząsa grotą gada,
by go wypłoszyć na zewnątrz.
Smoczysko w końcu wychynęło z jamy,
ogon u niego na metrów osiem,
jak tren – czy rogi Lejdi Gagi
(nomen omen trochę mniej zgrabne).
Dębas, łup go w czerep konarem!,
leje się ciurkiem posoka oblecha,
to znaczy:
hot blood (należy rzec),
gad chciał jeszcze ich kitą zahaczyć,
ale
mieli te botki od karzełka chochlika,
w adikach odskoczyli więc na milę.
Już drugi dąb załatwił sprawę,
kompletnie zamroczył bestię,
łeb na miazgę, a zadek
ufajdany.
Teraz Górol
uniósł największy głaz w okolicy
i zakrywszy nim pieczarę zamknął w niej
smocze ścierwo – wieńcząc dzieło wiekopomne.
Wracają bracia do pałacu,
w mieście na chwałę dzwony biją,
król wielce uradowany
oddał im córki za żony,
a jedna ładniejsza od drugiej,
hajs, komóra, – ojć – żadna nie była „xmenką”.
Jednemu bratu i drugiemu – po połowie królestwa,
tu na cześć śmiałków – zaraz powstają dwa rewiry:
Waligória & Wyrwidębia.
Hossa w City, tłusty portfel i renesans, mega lans.
Już sadzą
brzozy, cisy, klony,
zbierają pszczeli kit,
pod zamkiem grusze i lilaki,
rząd lip – by pokój był między nemi,
każdy liznął high life’u lecz nie zapomniał o biednych,
produkcja kaszy i rzepaku,
bukłaki z cydrem,
kopalnie soli.
Młodzieżowy język urzędowy
alternatywnie – mniej współczesny,
bo każdy
jest przecież cool,
są banki, kościoły, karczmy i burdele,
wyszynki i nocne kluby,
frazesów gęby,
pagóry, fury, skóry i dęby,
aleeeee…
DLA WSZYSTKICH!