Liryczni w czasach zarazy

graphics CC0

Tomasz Kucina

Liryczni w czasach zarazy–

Życie w czasach zarazy. Obracam telebim do słońca,
wszystko się może wydarzyć. Rzut plazmy. Zaćmienie na łączach.
Odgrażam się chandrom i żalom. Hartuje się wredny zarazek,
głośniki pulsują marazmem, kineskop wypala obrazy.

Życie w regule rozkładu, choć trzeba dosięgać do marzeń…
ile się można panoszyć? Żyjemy w czasach zarazy.

Ukradkiem uchyla się okno, wachlując płucoskrzydłami,
uznajmy, że pokój to morze, już płynie na fali firany.
Wybiegam przez czasoprzestrzenie do tkanki sumiennych nawyków.
Me ciało jedwabiem. Selenem. Przenika przez blask morganitów.

Życie w regule rozkładu, choć trzeba dosięgać do marzeń…
ile się można panoszyć? Żyjemy w czasach zarazy.

Dusz smutek. Apatia. Znużenie. Uciekam pod górę z brokatu,
ta rośnie i robi się duża, za oknem w zagonach lilaków.
Kołyszą budynkiem rubieże. Wiatr zbliża do podstaw atomu,
zarazek robi się cięższy. a świat unosi – za dronem.

Życie w regule rozkładu, choć trzeba dosięgać do marzeń…
ile się można panoszyć? Żyjemy w czasach zarazy.

Blask generuje energię, a słońce ubiera ją w słowa.
Z arytmią szturmuje poezja, w reakcjach fuzji jądrowej.
Tak łącząc jądra wodoru, uzbrajam jaźń słońca helem.
Wyrzucam plazmę na forum. Zarazek uznaje – za wiele.

Życie w regule rozkładu, choć trzeba dosięgać do marzeń…
ile się można panoszyć? Żyjemy w czasach zarazy.

Przez formy tryby czy style przenikam do infradźwięków.
Pastele słoneczne motylem sięgają aż firmamentów.
Żyję też przez przypadki i uczę dosięgać do wrażeń…
ile się można jednoczyć? Żyjemy w czasach zarazy.

* treść utworu – to abstrakcja literacka, nieosobista, w szerokim przekroju społecznym.

Chiara i wszystko własne

graphics CC0

Tomasz Kucina

Chiara i wszystko własne–

gwałt na Lampedusie.

koczujący po molo Bejowie Tunisu.
współczesne tsunami w obozie karapaksów.
bydlęce odruchy w chuci animalnej.
gamety żółwi w dołach.
tu zachwyt budzi młodziutka Chiara
pelagijska piękność z plaży królików.

wiklinowy koszyk założyła na głowę.
boldem z letnim deszczem wytłuszcza szyldy
włoskich pensjonatów.
cholera leje. a ona przechodzi obok ośrodka azylantów.
pulsuje rapem
audio-Terraferma.

spokojnie. niebawem w jej rów mariański
spuszczą batyskafy.
na samo dno rapu. melorecytując z diagramów
o waginowej pogodzie. wówczas
grzeszna aż lepka niczym lasagne’a z Napoli
odruchowo wpadnie w tumany sprośnego kurzu…

i zbełta z farszem
cały ten samczy świat plemiennych absmaków
afrykańskich żądz.
to będzie walka freestyleowa
na którą notabene
nie podpisała żadnego kontraktu.

* tekst fikcyjny, w charakterze tylko imitowanym. Wszelkie ewentualne podobieństwa do wydarzeń, osób czy sytuacji będą więc zawsze przypadkowe.

* tytuł utworu jest zaś humorystyczną onomatopeją tytułu znanego niemieckiego kryminalnego serialu, choć treść wiersza nie jest w założeniu groteską.